Sobotni poranek. Zwykle zaczyna się nieco leniwie, od porannej kawy i leniuchowania, by potem nabrać tempa przy zakupach i domowych porządkach. Tym razem sprzeciwiliśmy się tej tradycji i postanowiliśmy spędzić ten dzień w plenerze. Po ostatniej nocy zdecydowanie potrzebowaliśmy wygrzać się na słońcu. I długo nie musieliśmy go szukać - piękna pogoda i bezchmurne niebo zawiodły nas na wybrzeże Gold Coast do miejscowości Surfers Paradise. To naprawdę fenomen, że nieznana niegdyś wioska, za sprawą zmiany jej nazwy na zachęcający do przyjazdu "Raj Surferów", stała się centrum sportów wodnych, rozrywki i życia nocnego w tym regionie. To się nazywa chwyt marketingowy. Co więcej, w ostatnim czasie wzniesiono tam budynek Q, który jest jednym z 20 najwyższych budynków na świecie i jednocześnie najwyższym budynkiem mieszkalnym.
Budynek jak budynek, ale to co zobaczyliśmy z jego tarasu widokowego było naprawdę imponujące. Przy okazji poznaliśmy bliżej samo miasto. Wcześniej przyjeżdżaliśmy tu w zasadzie tylko dla plaż i oceanu, teraz zauroczyliśmy się także miastem, poprzecinanym mnóstwem kanalików, i jego wypoczynkowo-turystyczną atmosferą.
sobota, 30 czerwca 2007
U bram Raju
piątek, 29 czerwca 2007
Taka crazy night!
Słuchajcie, poszliśmy na imprezę!Jako że zwykle większość wolnego czasu spędzamy zwiedzając co tylko możliwe, nie zawsze idzie to w parze z nocnymi wypadami, które, wiadomo, wiązać się mogą z różnymi dotkliwymi konsekwencjami w postaci..., ot choćby niewyspania na drugi dzień :-). A my przecież musimy być zwarci i gotowi do podróży. Tym razem postanowiliśmy jednak zrobić wyjątek i wybraliśmy się z grupką przesympatycznych znajomych na wędrówkę po pubach. Jako że miało nas się zebrać około 10 osób, zarezerwowaliśmy przez Internet stolik w pubie na South Bank. Z połową docelowego składu dotarliśmy do pubu, gdzie wskazano nam stolik z kanapami, który od razu nam się spodobał, bo było strasznie zimno, a pub w ogóle nie miał miejsc w środku. Na szczęście kanapy były głębokie, więc mogliśmy się ogrzać. Co prawda nad głowami wisiał nam głośnik, z którego huczała muzyka konkurencyjna do tej, która rozbrzmiewała na zewnątrz, więc mało się rozumieliśmy podczas rozmów, ale kto by się tym przejmował. Po jakimś czasie zauważyliśmy, że na stole leżała karteczka z rezerwacją, niestety na nazwisko "Shannon". Trochę nas to zaniepokoiło, ale postanowiliśmy się nie ruszać dopóki reszta naszej grupy nie dotrze, no i dopóki nie przyjdzie Shannon i nas nie wyrzuci (od razu jej nie polubiliśmy). Staliśmy tak i martwiliśmy się, gdzie jest reszta naszej grupy, po czym zorientowaliśmy się, że nie mamy telefonu, pod który oni teraz zapewne wydzwaniają, szukając miejsca. Nasze rozterki przerwała nam Shannon, która natychmiast doniosła obsłudze, że ktoś zajął jej stolik. Po chwili okazało się, że nasza rezerwacja nie została nawet jeszcze odebrana, gdyż emaile czytają tylko rano. Ale kto by się tym przejął! Stwierdziliśmy, że czas zmienić miejsce i poszliśmy do innego pubu, bardzo oryginalnego, gdyż mieszczącego się w byłym hotelu, na 3 piętrach, przy czym wolne było to ostatnie, najwyższe, z pięknym widokiem na wieżowce Brisbane i rozkrzyczanym tłumem wesołych przebierańców. Po drodze dołączyły do nas zguby, w niepełnym składzie. Niestety, w drugim pubie było jeszcze zimniej i wietrzniej. Przemieszczaliśmy się więc z kąta w kąt, szukając najmniej wietrznego miejsca, aż w końcu poszliśmy poszukać jakiejś przytulnej kawiarenki, bo jakoś nagle wszystkich naszła ochota na gorącą czekoladę. Kiedy wróciliśmy na South Bank, okazało się, że lokale już zamykają. Dziwny zwyczaj, w Polsce nie do pomyślenia, ale cóż... zdesperowani pojechaliśmy dać ostatnią szansę losowi na West End, gdzie na 100% miały czekać na nas otwarte kawiarenki z czekoladą. Czekały! Zmarznięci złożyliśmy zamówienie, przy czym usłyszeliśmy, że za 20 min. lokal będzie zamknięty, ale jeszcze zdążymy wypić. Jak pech to pech. Rozsiedliśmy się więc w najbardziej przytulnym kącie, gdzie na ścianach wisiały perskie dywany, i gdzie byłoby naprawdę bardzo ciepło, gdyby nie fakt, że te dywany wisiały... w miejscu okien. Zauważyliśmy to dopiero przy silniejszych podmuchach wiatru, ale kto by się tym przejmował! Mieliśmy zatem swoją gorącą czekoladę, która notabene smakowała raczej jak kakao, mieliśmy doborowe towarzystwo, ale i tak najcieplej (dosłownie!) z tej niezwykłej, szalonej nocy będziemy wspominać chwile spędzone w samochodzie. To jedyne miejsce, gdzie było nam ciepło.
niedziela, 24 czerwca 2007
I pośli my na ślak...
Grypa pokonana! Trzeba przywitać się z naturą! A najlepiej skryć się w zaciszu lasu, pooddychać trochę leśnym zapachem eukaliptusów (zwłaszcza jak ma się jeszcze zatkany katarem nos...), posłuchać śpiewających ptaków (tudzież płaczących dzieci spacerowiczów...) i pospacerować jakąś mało wymagającą ścieżką dla turystów (byle by nie zboczyć omyłkowo w trasę dla ambitnych...). To się nazywa powrót do zdrowia. Oto, czym nas zaskoczyła góra Mount Coot-tha, położona na zachód od centrum Brisbane, pełna wydeptanych ścieżek, pachnących eukaliptusów, i pięknych widoków (jak to z góry!).
sobota, 23 czerwca 2007
Anetka chora
Kto by pomyślał, że w słonecznej Australii, gdzie nawet zimą temperatury sięgają 25 stopni, przyjdzie mi przeprosić się z czapką uszatką (notabene należąca do Marka), szaliczkiem w szkocką kratę (dziękuję Tacie Wojtkowi za ten upominek), skarpetami (o, dzięki wam, górale, ze wasze rękodzieła), i ciepłymi swetrami, które leżeć tu miały w spokoju i czekać aż do podróży do Europy. Nic z tego, a jakby wszystkiego tego było mało, wyposażono mnie jeszcze w termofor (ten się ubrał, na wszelki wypadek), który polubiłam, i z którym, podobnie jak i z resztą ekwipunku, nie rozstawałam się przez 24h na dobę przez kilka ładnych dni.
Nie jest łatwo, ani przyjemnie chorować w tak słonecznym kraju, zwłaszcza zimą, kiedy nie ma nawet jak się przytulić do ciepłego kaloryfera!
niedziela, 17 czerwca 2007
Sunshine Coast
Cud się zdarzył sobotniego wieczoru - pierwsi goście z dalekiej Polski wylądowali na australijskiej ziemi. A w zasadzie wylądowały, gdyż chodzi o Agatę i Monikę, które rezygnując z polskich upałów, postanowiły zażyć nieco australijskiej zimy. Wraz z nimi przybyło wyśmienitej herbaty, prawdziwych polskich krówek, wiele opowieści z podróży o nieubłaganych celnikach, zestresowanym stewardzie, awariach w samolocie, oraz wiele wspomnień z naszego pięknego kraju. Aby ułatwić dziewczynom walkę ze skutkami dalekiej podróży, wybraliśmy się wszyscy na Sunshine Coast. Wycieczkę rozpoczęliśmy tak bardziej po polsku - od degustacji win w jednej z lokalnych winiarni (na niewielkim obszarze jest ich tutaj całe mnóstwo). Rozsmakowaliśmy się nie tylko w winie, ale i w pogawędce z prowadzącym degustację Grekiem.
Po takim początku dnia świat wydawał się jeszcze bardziej kolorowy. Co najmniej tak kolorowy, jak pięknie roztaczające się wzgórza i doliny Sunshine Coast Hinterland z wyłaniającymi się w dali szczytami Glasshouse Mountains.
Z miejsca, skąd roztaczał się ten piękny widok, zrobiliśmy sobie pieszą wycieczkę przez tutejszy las deszczowy - prześcigające się we wzroście palmy, zwisające liany, podmokłe korzenie drzew sprawiły, że czuliśmy się prawie jak w afrykańskiej dżungli.
Z okazji festiwalu do miasteczka zjechały się różne stare auta, które można było nabyć za całkiem przyzwoite ceny.
wtorek, 12 czerwca 2007
Sydney
Sydney niewiele się zmieniło od mojej ostatniej wizyty. Opera trochę się postarzała - już prawie 40 lat stoi nad zatoką, przybyło nieco sztuki na ulicach, a fast-foody wciąż tak samo dobre!
Dla porównania zdjęcie z mojej poprzedniej wizyty. Nie zapisałem daty, ale był to albo 28/02/2001 (przeddzień jesieni), albo 1/03/2001.

poniedziałek, 11 czerwca 2007
NNP, WWSF
Zanim rozszyfruję te tajemnicze skróty, muszę pochwalić Marka za jego upór w motywowaniu mnie do wstania w poniedziałek o nieludzkiej porze tylko po to, by towarzyszyć wschodzącemu Słońcu. Nigdy nie będzie łatwiej - to prawda, gdy się ma całą potrzebną scenerię za oknem, to naprawdę wystarczy tylko otworzyć oczy i czekać. Do pełni szczęścia potrzeba oczywiście Słońca, a to lubi płatać figle. Nie chciało za bardzo roztoczyć swoich wdzięków - zwołało chmury, które skrzętnie maskowały jego odblaski.
Marek się nie dał - zdeterminowany poszedł nawet na plażę i zdjęcia zrobił bardzo ładne. Wprawdzie nie jest to światło Słońca, ale kolory wyszły przynajmniej australijskie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)