piątek, 5 czerwca 2009

Pierwszy dzień w Raju

Pierwszy poranek w Bethel Village. Budzi nas głos Marie oznajmiający, że niedługo będzie śniadanie. Nie zrywamy się, bo już z dnia poprzedniego wiemy co to znaczy "niedługo". Do naszej małej krytej strzechą chatki przez okna z siatki, dziurawej zresztą, wpada światło dzienne. Pojawia się pierwsza osa - większa i bardziej żółta niż nasze polskie osy - lata jak pijana i obwąchuje nasze rzeczy. W chatce muszą być naprawdę duże dziury, skoro mógł się tu przedostać taki owad. Chwilę nam zajmuje wyjście spod siatki na komary - musimy być ostrożni, bo komary przecież tylko czekają gdzieś w ukryciu na nasz moment nieuwagi, by dostać się do środka. Okazuje się, że ot taka zwykła, wydawać by się mogło, siatka na komary, przyniosła w ostatnich latach prawdziwy przewrót w profilaktyce malarii na Vanuatu. Od kiedy każdy mieszkaniec Vanuatu dostaje rocznie jedną siatkę w ramach pomocy innych krajów (głównie Australii, Nowej Zelandii i Japonii), liczba zachorowań na tę chorobę drastycznie spadła, do tego stopnia, że niektórzy ludzie przestali już spać pod siatkami, sądząc, że komarów zarażonych wirusem już prawie nie ma. No właśnie, "prawie" robi czasami dużą różnicę.
Decydujemy się pójść do łazienki i wziąć prysznic jak przystało na cywilizowanych ludzi, nie wiedząc jeszcze, że będzie to pierwszy i jedyny taki prysznic podczas naszego pobytu na wyspie, gdyż do najbliższej naturalnej łaźni, zdecydowanie przyjemniejszej, jest 5 minut na piechotę. Idziemy oglądać obejście i powoli kierujemy się w stronę kuchni. Jesteśmy zachwyceni ilością kolorów i zieleni, w której tonie kilka małych chatek, zadaszone miejsce do zebrań wioski i największa konstrukcja wioski - okrągły dach, pod którym się gotuje i je. Ten dach wybudowali z lokalnego drewna Joel i inni mieszkańcy wyspy Efate.
Całkiem niedługo leżenie na ławce, wdychanie wilgotnego tropikalnego powietrza, wsłuchiwanie się w dźwięki lasu i gapienie się w sam środek tej olbrzymiej drewnianej konstrukcji, staje się jednym z naszych ulubionych zajęć, zwłaszcza po jedzeniu.
Na śniadanie Joel serwuje nam własnej roboty placki, kawę, omlet o najprawdziwszym smaku jajek, jaki pamiętam jeszcze z wizyt u mojej babci na wsi, oraz najświeższe, bo prosto z drzewa, papaje lub grapefruity, w zależności od tego czego więcej dojrzało danego ranka. Pałaszujemy wszystko jak gdybyśmy jedzenia nie widzieli przez miesiąc...
Po śniadaniu idziemy z Marie odwiedzić pobliskie wioski. Marie ma 18lat, ale nie chodzi już do szkoły, gdyż jej matka pewnego dnia powiedziała: "Ty zostaniesz w domu i będziesz gotować chłopom jedzenie". I tym zakończyła się ścieżka edukacyjna Marie, która z wielką cierpliwością odpowiadała na wszystkie nasze pytania, a jak nie znała odpowiedzi, kazała nam pytać Joela - on na pewno wie.
Jedną z pierwszych przygód, jakich dane mi było doświadczyć, było skorzystanie z tzw. bush toilet, czyli leśnego wychodka. Gdyby nie świadkowie, którzy obserwowali mnie z oddali, zdecydowanie wybrałabym urocze krzaki obok wychodka, ale niestety, nie wypadało pod okiem towarzyszy nie przekroczyć magicznego parawanu i nie zmierzyć się z wyzwaniem przebywania w środku drewnianej budki przez kilka minut. I to "zmierzyć się" w sensie dosłownym, gdyż sufit wychodka osadzony był wyjątkowo nisko.
Największym zasobem Vanuatu sa kokosy. Palm kokosowych i kokosów jest tu wszędzie pełno: na drzewach, pod drzewami, na plażach, na rynku, nawet w wodzie. Podobnie z innymi owocami, takimi jak grapefruity, pomarańcze, mandarynki, papaje, czy mango. Beztroskość mieszkańców wiosek jest w dużej mierze podyktowana tym, że nie grozi im głód- w lesie zawsze się coś do jedzenia znajdzie. Nawet psy domowe nie są w ogóle karmione - same wyszukują sobie w lesie jedzenia, tak jak ludzie. I tak podczas gdy my w tłumie zakupowiczów, w pocie czoła sięgamy na półkę supermarketu po pół- lub całkowicie przetworzony produkt marki X, nafaszerowany E122, E156, E234 i Bóg wie jakim jeszcze "E", osobnik z krainy Vanuatu, przyciśnięty głodem lub pragnieniem, wdrapuje się na jedną z palm i sięga po lśniący w śłońcu owoc. Czyż to nie wspaniałe?
Gdzieś w środku lasu pasła się też vanuacka świnia. Jak na vanuacką świnię przystało, pożerała ona kokosy, a najbardziej lubiła te z nowymi pędami liści. Kokos bowiem, pozostawiony sam sobie, wypuszcza z czasem nowy liść palmy, dając początek nowemu drzewu. Świnia miała zagrodę zbudowaną z kawałków starego korala pozlepianych jakąś mazią i wyglądała na całkiem szczęśliwą, choć od Joela wiedzieliśmy, że dość często zdarzały jej się ucieczki. Tyle pokus wkoło - w sumie jej się nie dziwię.Wędrując przez las w stronę wioski Ekipe, mijaliśmy co chwila ludzkie domostwa i ich mieszkańców - wszyscy, podobnie jak i poprzedniego dnia podczas jazdy ciężarówką, machali do nas rękoma w geście pozdrowienia, krzyczeli, uśmiechali się, zagadywali. Wszyscy też, widząc nasz aparat fotograficzny, chcieli mieć zrobione zdjęcie, pozowanie do zdjęć to bowiem jedna z popularniejszych rozrywek tutejszej ludności i coś, co uznawane jest za swego rodzaju zaszczyt. Zdarzało się, że kobiety pozujące z nami do zdjęć, rozglądały się wkoło w poszukiwaniu jakichś małych dzieci i zaraz przynosiły je specjalnie, by uatrakcyjnić fotkę. Pozując raz z grupką maluchów zauważyłam, jak mała dziewczynka w niebieskiej sukieneczce przytulała zawiniętą w brudną ściereczkę pustą butelkę po Coca-coli. Zrobiło mi się smutno i ogarnęła mnie złość: dlaczego nie przywieźliśmy tutejszym dzieciom jakichś zabawek? Niestety, zabawki nie rosną tu na drzewach i nie można ich za darmo zerwać. Jednak po chwili uświadomiłam sobie, że nasze cywilizowane zabawki wcale nie są lepsze od tych vanuackich, ba, może nawet są gorsze. Po perwsze, nie są wymyślone przez dzieci. Po drugie, piękne kolorowe lale nie pobudzają tak wyobraźni dziecka jak zawinięta w ścierkę butelka. W gruncie rzeczy, dziewczynka z butelką była szczęśliwa, gdyż najważniejsze w tym wszystkim było dla niej znaczenie jakie przypisała stworzonej przez siebie zabawce, nie zaś jej forma. Myślę, że ta dziewczynka będzie kiedyś bardzo kochającą i opiekuńczą siostrą, żoną, czy mamą.
Jeden z najsłodszych obrazków jakie mijaliśmy po drodze.Przydomowy wieszak.Tam wysoko rośnie nasze śniadanie.Niesamowicie wielkie drzewo o niezwykle oryginalnych kwiatach i owocach.
Ściana.
Najładniejsze z vanuackich domostw są rośliny. I całe szczęście, że jest ich tak dużo.Wchodzimy nateren domowego warsztatu tkackiego, gdzie z długich liści pewnego popularnego drzewa wyrabia się ręcznie maty.
W vanuackich wioskach nie ma telwizorów ani radia, gdyż nie ma tam elektryczności, ale są telefony komórkowe - jedyna łączność z miastem i ze światem.Jak powiedział Joel, ludzie Vanuatu to ludzie wiary. Potwierdza to nie tylko liczba kościołów (co najmniej 1-2 na wioskę), ale i liczne wierzenia, które przetrwały niezmienione do dziś. Ludzie często rozmawiają z Aniołami, przydarzają im się różne cuda, uzdrowienia lub niemiłe wypadki, a nad wszystkim czuwa siła wyższa. Żona Joela jest na przykład lokalnym spiritual X-ray, czyli potrafi w duchowy sposób prześwietlać czyjeś ciało i duszę, diagnozować choroby i problemy oraz uzdrawiać.
Kościół zaś to nie tylko miejsce modlitwy. To także miejsce, gdzie wszyscy wierni przynoszą różne towary, zwykle te, których maja akurat nadmiar, np. jajka, papaje, tapiokę. Po wspólnej modlitwie ze zgromadzonych produktów każdy może sobie wybrać to, czego mu akurat w danym momencie brakuje. W taki sposób następuje sprawiedliwy podział dóbr, które i tak przecież wszystkim dała natura. Najlepsze jest jednak to, że biorąc towar z kościoła, trzeba za niego zapłacić pieniędzmi - kościół musi się z czegoś utrzymać.
Ponieważ był piątek - ostatni roboczy dzień tygodnia - postanowiliśmy odwiedzić pobliską szkołę i przedszkole. Tu posyła się dzieci do szkoły głównie dlatego, żeby nie przeszkadzały w domu kiedy dorośli mają inne zajęcia w ogrodzie lub w lesie. Dzieciaki były przeurocze i zaskakująco posłuszne. Nie chcieliśmy nikomu przeszkadzać w zajęciech, ale Marie i panie nauczycielki uznały co innego i takim sposobem znaleźliśmy się po kolei w każdej klasie, na każdej lekcji, wysłuchując wierszyków i piosenek śpiewanych przez dzieci, wygłaszając również w kierunku dzieci krótkie motywujące mowy o tym jak ważne jest by się uczyć, aż w końcu dokonaliśmy wpisu do księgi gości, w której to zajęliśmy honorowe 11 i 12 miejsce w 2009 roku, po kilku turystach, dentystach i nauczycielach z innych szkół.

Przedszkole.
Szkoła.
Dzieci w szkole zachęcane są do komunikowania się w języku angielskim. Mają tu także całkiem nieźle wypracowane zasady współżycia społecznego - tablica obowiązków klasowych rozpisywana jest każdego dnia na wszystkich uczniów, nie tylko na kilkoro tzw. dyżurnych. W związku z tym każdy ma codziennie jest za coś odpowiedzialny dla dobra ogółu, np. za pozamiatanie klasy, ułożenie mat, czy poustawianie książek.
A to pokój nauczycielski i biblioteka szkolna w jednym.
Niektórym, pomimo bariery językowej, wzajemne komunikowanie się przychodzi bardzo łatwo.
Na placu budowy, gdzie stawiano budynek Community Centre, dowiadujemy się, że podstawowym materiałem budowlanym są cegły zrobione z korala. Kawałki starego suchego korala zbiera się u wybrzeży, następnie wypala, a uzyskany popiół miesza z piaskiem i wodą i odlewa w specjalnych formach. Szkoda, że nie opracowano jeszcze dotąd technologii wyrobu cegieł ze skorupek kokosa.W ślad za Marie podążamy na mało uczęszczany cmentarz wioski. Świadczy o tym wysokość trawy, którą pokonujemy z lekką trwogą, że za chwilę któreś z nas nadepnie na węża. Marie zapewnia nas, że tu nie ma węży. Nie ma też pająków, ani innych groźnych stworzeń, które są powszechne w Australii. Wierzymy Marie i nagle staje się jasne dlaczego większość tubylców chodzi wszędzie na bosaka.
W drodze powrotnej doganiają nas dzieciaki wracające ze szkoły - nie przepuszczą takiej atrakcji jak dwójka białych turystów z aparatami.Po powrocie Marie częstuje nas świeżo zerwanym grapefruitem i kokosem. Nie możemy się nadziwić jak sprawnie jej ręce władają długim jak sierp nożem. I już za chwilę upajamy się wonią i smakiem świeżego mleka i miąższu kokosowego.
Po dość późnym obiedzie idziemy z Joelem popławić się w słonej wodzie. Po drodze widzimy w lesie pozostawione pakunki leśnych zbieraczy, bo zbieractwo, podobnie jak i chodzenie po lesie, to najpopularniejsze lokalne zajęcia. Co chwila ktoś albo wchodzi w las, albo się z niego wyłania.
A vanuackie kobiety noszą owoce swoich zbiorów na głowach.
Okazało się, że Joel jest specjalistą od ziół i ziołolecznictwa. Nie ma takiej trawy, liścia, czy gałęzi, która po określonej obróbce nie byłaby dobra na jakąś dolegliwość.W cichej zatoczce z niezbyt piękną plażą, żeby nie powiedzieć - brakiem plaży - za to z całkiem ładnym kawałkiem rafy koralowej, upływają powoli ostatnie godziny dnia.
Joel wypytuje nas o to co dzieje się na świecie i dlaczego tak a nie inaczej, i widać po nim, że wiele rzeczy zaskakuje go i dziwi. Wiele z tych rzeczy, które nas już dawno, nie wiedzieć czemu, przestały dziwić i które zaakceptowaliśmy jako nieuchronny efekt czegoś, co ładnie nazywamy rozwojem, czy postępem świata.

czwartek, 4 czerwca 2009

Wycieczka jakiej jeszcze nie było

Zaczęło się bardzo banalnie i przypadkowo - któregoś słonecznego popołudnia, w ramach podnoszenia motywacji do dalszej pracy, moja przeglądarka przez przypadek zatrzymała się na stronie linii lotniczych Vielki Błękit ;-). Czysty przypadek sprawił, że akurat na ten dzień przypadł trwający od jakiegoś czasu globalny kryzys finansowy, w związku z którym linie lotnicze zaczęły oferować bilety promocyjne na wybranych trasach i w wybranych terminach. Zupełnie przypadkowo termin promocji biletów VB zbiegł się z Urodzinami Królowej, czyli dniem wolnym od pracy. Jeszcze większym zrządzeniem losu termin ten pokrył się również z kolejną rocznicą naszego ślubu. Cóż więc było robić - tak przypadkowo jak tylko się dało kupiliśmy bilety do przypadkowego miejsca, o którym w momencie zakupu nie wiedzieliśmy nic poza tym, że jest wyspą.
Bardzo szybko okazało się, że los szykował dla nas wycieczkę, jakiej jeszcze nie było, a może i nie będzie ;-). Wycieczkę do miejsca, do którego udać się można z prawie pustym plecakiem, za to wrócić z pełnym po brzegi sercem. Miejsca, które mówi prostym językiem, nie każe się zastanawiać, rozumie i łatwo da się rozumieć, które nieczego nie narzuca i z chęcią przygarnia takie zabłąkane owieczki jak my, by podzielić się z nimi wszystkim dobrem jakie ma.
Przed wylotem na Vanuatu tak strasznie zależało nam na wszystkim: polecieć na wulkan, zwiedzić jak najwięcej wysepek, poznać wszystkie możliwe zwyczaje tubylców, spóbować wszystkich możliwych potraw, odwiedzić wszystkie piękne miejsca..., a wszystko to w niecałe 5 dni (my tak zawsze mamy :-)). Po pierwszym dniu na Vanuatu nie zależało nam już kompletnie na niczym - byliśmy szczęśliwi z tym co się na bieżąco działo w małym światku, w którym się znaleźliśmy, w powolnym vanuackim tempie, we właściwym temu miejscu stylu, jednym słowem oddaliśmy się magii tego miejsca i zdecydowaliśmy się przez kolejne kilka dni nie być typowymi turystami, co miało swoje reperkusje po powrocie, ale o tym na koniec relacji.

Relacja z wycieczki będzie także w typowo vanuackim stylu (czytaj: pewne jest jedynie to, że w końcu będzie). Wszystko w świecie ma bowiem swoje miejsce i czas. Czas, który mieszkańcy Vanuatu odmierzają z grubsza i "o szóstej" znaczy dla nich między 4:30 a 7:30. Zapytani o czas będą się długo skupiać i zastanawiać, marszczyć brwi, aż w końcu odpowiedzą coś w stylu: "bardzo długo" albo "niezbyt późno". Chcąc ich przechytrzyć, zapytałam pewnego razu: "Czy do tej wioski jedzie się dużo dłużej niż 10 minut?". Oczekiwałam krótkiego TAK lub NIE, lecz po długiej chwili dostałam odpowiedź: "Nie dużo". Jechaliśmy prawie godzinę :-). I jak tu ich nie pokochać?

Napad z bronią w ręku
Nasz wyjazd rozpoczął się od przeszkód i niespodzianek. Najpierw na lotnisku w Brisbane, gdzie dotarliśmy o nieludzkiej 5 rano z sześcioma sztukami bagażu podręcznego, dowiedzieliśmy się, że płetwy i maska do snorkowania na lotniskach są uznawane za broń i nie możemy ich wnieść na pokład - zabrzmiało to tak absurdalnie, że początkowo wzięłam to za końcówkę mojego z nagła przerwanego snu. Wyjątkowo niemiła pani (my też wstaliśmy o 4 rano!) zaprowadziła nas do innego okienka, gdzie płetwy miały być nadane jako normalny bagaż, za opłatą, na wypadek gdyby Marek zechciał nagle kogoś na pokładzie tymi płetwami zabić (to już chyba łatwiej byłoby zwykłą skarpetką udusić :-)). W tymże okienku dowiedzieliśmy się, że jednak możemy zabrać płetwy na pokład, w związku z czym mieliśmy ochotę zaplanować napad z bronią w ręku na wyjątkowo niemiłą panią.
Kolejną niespodzianką było to, że z powodu gęstej mgły w Sydney (promocyjne bilety latają czasami nieco okrężną trasą ;-) czekaliśmy ponad godzinę na pozwolenie na wylot. W sumie uznaliśmy za dobry znak to, że lotniska podejmują tak rozsądne decyzje, pamiętając, że dzień wcześniej świat obiegła wieść o tajemniczym zaginięciu Airbusa. W Sydney z tego samego powodu czekaliśmy na zdobywców promocyjnych biletów z Melbourne, którzy zajmowali potem jakąś jedną trzecią samolotu. A nieco wcześniej wyjątkowo niemiły pan kontroler zabrał nam pastę do zębów, płyn do opalania i spray na insekty, gdyż opakowania jego zdaniem przekraczały dozwolone normy. Naszym zdaniem nie. Pan w ogóle nie przejął się ryzykiem raka skóry lub pogryzienia przez komara zarażonego wirusem malarii, na jakie nas wystawił. Na całe szczęście płynu na insekty mieliśmy jeszcze duży zapas w mniejszych opakowaniach.
Przed wchodzeniem na pokład zepsuł się system dźwiękowy, więc pan z obsługi raz po raz wykrzykiwał coś do zgromadzonych podróżnych. I wtedy Marek zauważył na mojej szyi wysypkę - wyglądało niegroźnie, ale nasza przezorność kazała nam szybko ściągnąć z Internetu ulotkę leku na malarię, który braliśmy już od 2 dni i wykonać szybki telefon do kliniki, gdzie przepisano nam ów lek, by usłyszeć, że jeśli wysypka się rozszerzy, powinniśmy poszukać na wyspie lekarza. "Na pewno się nie rozszerzy..." - pomyśleliśmy i mimo wielu przeciwności losu, załadowaliśmy się na nasz docelowy samolot, będąc jedynymi pasażerami z tak licznym bagażem podręcznym, w tym broń.
Przez łąki i pola
W Vanuatu zakochaliśmy się od pierwszej chwili, kiedy zza skrzydeł samolotu zaczęły wyłaniać się pokryte gęstą roślinnością i mnóstwem palm tereny, a z zielonej szaty miejscami wydobywał się dym - pewnie przyrządzano już kolację.
Na lotnisku w Port Villa powitały nas wesołe vanuackie rytmy - to lokalna kapela umilała czas oczekującym w kolejce do odprawy podróżnym. Po jakimś czasie dało się zauważyć, że wszystkie piosenki miały ten sam podkład muzyczny :-).Po odprawie cały nasz samolot udał się w kierunku hoteli i resortów stolicy Vanuatu, a my zaczęliśmy się martwić, że Joel, który miał nas odebrać z lotniska stracił już cierpliwość, mieliśmy bowiem jakieś 1,5h spóźnienia. Joel to szef małej wioski Bethel Village, w której mieliśmy spędzić nasze czerwcowe wakacje jako pierwsi od czasu Wielkanocy i zarazem jedyni goście, o czym jednak jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy. Czekali - Joel, jego żona Elizabeth z dzieckiem na ramieniu i kierowca małej ciężarówki Samuel. Oprócz Samuela, wszyscy na bosaka, ale mu to wybaczamy, gdyż to nic przyjemnego wciskać bosą stopą sprzęgła i hamulce pędzącej po wertepach ciężarówki. Tak, tak, taksówką, która dowiozła nas tego dnia do bram wioski była ciężarówka Joela. Ruszyliśmy przez miasta i wioski drogą dookoła wyspy, zagadując kierowcę, który uczył nas pierwszych słów w języku Bislama, który jest Pidgin English dla Vanuatu. Oto nasze pierwsze wrażenia ze świata, w którym bardzo przypadkowo i trochę nieświadomie się znaleźliśmy.
Nocna eskapada
Gdy dojechaliśmy do wioski było już ciemno. Powitała nas Marie - córka Joela, wkładając na nasze głowy tradycyjne opaski z egzotycznymi kwiatami. Z plecakami, płetwami, w wytartych dżinsach musieliśmy w nich wyglądać bardzo śmiesznie - niestety, z tego zmieszania nie zrobiliśmy sobie zdjęcia. Marie zaprowadziła nas do jednej z kilku małych chatek krytych strzechą, wskazała nam świeczkę i krążek na komary i oświadczyła, że niedługo zawoła nas na kolację. Gdy rozwieszaliśmy nad łóżkiem siatkę na komary, w blasku świeczki zauważyliśmy coś, co zaniepokoiło nas na resztę wieczoru - wysypka rozszerzyła się - pokrywała już większą część mojego ciała i choć nie swędziała, dawała odczucie nieprzyjemnego gorąca. Więc jak to, ledwie dotarliśmy do środka vanuackiej puszczy po tylu perypetiach, jeszcze nawet nie dane nam było zobaczyć jej w świetle dnia, a już stoimy przed ryzykiem powrotu? Z lekami na malarię nigdy bowiem nie wiadomo - ich reakcje uboczne, lub co gorsza alergiczne, mogą być poważniejsze niż choroba, przed którą chronią. Ulotka informacyjna naszego leku mówiła wyraźnie: w przypadku rozszerzającej się wysypki, przerwij stosowanie leku i natychmiast skontaktuj się z lekarzem. Zrobiliśmy więc szybką kalkulację: jest 7 wieczór, o 7 rano mam przyjąć kolejną tabletkę, od miasta dzieli nas 70km, których przejechanie właśnie zajęło nam jakieś 2 godziny, najbliższy autobus do miasta o 6 rano - wniosek: musimy zobaczyć lekarza jeszcze dziś, a więc wracamy do miasta... Z nietęgimi minami poszliśmy więc na kolację, by oświadczyć Joelowi, że jest problem i potrzebujemy jego pomocy.
Kilka minut później w mrokach nocy podskakiwaliśmy już znowu w znajomej ciężarówce, podążając jednak nie do miasta, ale do najbliższej kliniki w sąsiedniej wiosce, gdzie przyjmował lekarz. Z nami, z tyłu na ciężarówce jechało jeszcze kilkoro członków wioski Bethel, bo wszyscy bardzo przejęli się moim zdrowiem, a niektórzy po prostu lubili jeździć nocą na ciężarówce. Do miejsca dotarliśmy po jakiejś godzinie. Klinika była zamknięta, ale znany wszystkim doktor Matthew siedział gdzieś w pobliskim barze, więc za kilka minut otworzył przed nami swoje progi. Matthew był rodowitym mieszkańcem wyspy, czyli tzw. ni-Vanuatu.
Nie spodziewaliśmy się wiele po gabinecie lekarskim w tak odległym od cywilizacji miejscu i faktycznie budynek wyglądał raczej biednie, jednak było w nim wszystko co trzeba, czyli biurko pana doktora, krzesła dla pacjentów, słoiki z lekami i światło, choć bardzo słabe. Było też mnóstwo ulotek na ścianach, z których łatwo można było wywnioskować jakie są obecnie największe problemy zdrowotne mieszkańców Vanuatu, a były to malaria i ogólnie pojęte planowanie rodziny. Przyzwyczajeni do bieli lub innych światłych kolorów naszych szpitali czy przychodni, na których widok mnie zwykle podświadomie ogarnia strach, tu, otoczeni przez szarość i ponurość, czuliśmy się jakoś spokojniej. I nie mieliśmy pojęcia, że podczas gdy my zdawaliśmy relację doktorowi z przebiegu wydarzeń, cała zawartość ciężarówki oraz kilkoro mieszkańców wioski, w której była klinika, sterczało pod oknami i obserwowało nas z ukrycia. Dowiedzieliśmy się o tym, gdy w momencie pokazywania przeze mnie wysypki na szyi nagle otworzyły się drzwi, przez które wszedł mały tłum gapiów, a kierowca Samuel wyciągnął wielką samochodową latarkę, którą oświecił moją szyję, by pan doktor mógł ją dokładnie obejrzeć. No tak, jasne, przecież nie byliby w stanie zobaczyć tego zza okien... W każdym razie pan doktor potwierdził nasze przypuszczenia co do alergii na lek, kazał go odstawić i w zamian przepisał inny, uprzednio zapytawszy mnie jaki lek chciałabym przyjąć jako alternatywę (to takie nowoczesne podejście, że pacjent uczestniczy w podejmowaniu decyzji o leczeniu). Następnie zaczął wydobywać stołową łyżką małe pigułki z wielkiego słoja, odliczać i wkładać do małych torebek foliowych z rysuneczkami oznaczającymi kiedy i jak należy lek przyjmować.
Najlepsze było to, że za całą wizytę (po godzinach!), wraz z tabletkami na malarię na 7 dni oraz tabletkami na alergię zapłaciliśmy 300 Vatu, czyli odpowiednik jakichś 4 dolarów australijskich. Dla porównania, "taksówkę" do kliniki i z powrotem Samuel wycenił na 2000 Vatu, po czym szybko stwierdził, że on weźmie jedynie 1000 Vatu. A wszystko dlatego, że benzyna na Vanuatu to jeden z najdroższych towarów, dużo droższych niż tabletki na malarię, choć w sumie w nagłych przypadkach, gdy chory toczy walkę z czasem, może jest ona i ważniejszym czynnikiem niż sam lek. W każdym razie, po wizycie u Matthew oboje czuliśmy się lepiej i bezpieczniej - wierzyliśmy, że mój stan będzie się poprawiał, bo modlić się o to będzie pewnie cała wioska, a może i kilka. Dodatkowo, Joel kazał mi codziennie pławić się w słonej wodzie oceanu i nawet sugerował okłady z mleka kokosowego, co jednak ze względu na pogodę i komary nie bardzo mnie przekonało. Wiedzieliśmy jednak, że jesteśmy w dobrych rękach i choć znamy tych ludzi od paru godzin, zrobiliby oni dla nas wszystko co w ich mocy, by pomóc. Tacy są ludzie z Vanuatu. Joel na przykład zrobił nam tego wieczoru pyszną kolację z kawałkami tapioki pieczonej w ognisku w mleku kokosowym.
I chyba nie muszę pisać, jakim snem zasnęliśmy tej nocy po tylu przeżyciach - vanuackim oczywiście :-).

niedziela, 8 marca 2009

Takie buty...

Słońce wschodzi w niedzielny poranek,
ja z buta podążam na przystanek.
Za chwilę w babskim składzie drużyny
z buta przez centrum Brisbane ruszymy.
Po drodze dla wszystkich posiłki- popitki
podane przez pikne różowe "kobitki".
Na mecie nas buta rozpiera,
A głód wnętrzności pożera.
Na szczęście zdarzył się cud.
Czekoladowy but!
A dalej... popatrzcie już sami,
Jak to jest z kobietami.
Wystarczy słodkiego ciut,
By zjednać nasz babski ród.

sobota, 28 lutego 2009

Lokatorzy

Pierwszy był on - Słomkowy Skoczek Wyczynowy - przyczaił się na żółtej doniczce, a potem znienacka ziuuup - prosto na wiklinowy fotel.
Druga była ona - Zielona Tancerka Drzewna - porażona światłem w czasie nocnych piruetów na deskach patio, schowała się w kąt, onieśmielona...
Okazuje się, że domowe patio to nie tylko nasze ulubione miejsce. A swoją drogą, całkiem niezła z nich parka - z niecierpliwością czekamy na ujawnienie się następnych lokatorów :-).