piątek, 9 listopada 2007

W drodze do pracy

Kontynuując wątek "Co piszczy w trawie od poniedziałku do piątku", krótka opowieść o tym, co można spotkać idąc rano do pracy, pod warunkiem oczywiście, że się nie myśli "co dziś zjem na lunch" albo "co powiem szefowi, żeby dostać urlop", ale się uważnie patrzy, a czasem nawet wypatruje. Australijskie lato zaczyna się niebywale - tony kwitnących drzew i krzewów i tony spadających liści i kwiatów. Niedawno niektóre ulice w Brisbane otaczał jasnofioletowy całun z kwitnących drzew (Jaracunda tree), teraz przyszła pora na kolor czerwony, który zdominował na jakiś czas wszystkie pozostałe rośliny. Zdominował również i mnie, która od jakiegoś czasu w każdej wolnej chwili grzebię w Internecie, próbując rozpoznać atakujące mnie zewsząd gatunki kwitnących drzew i krzewów. Pierwszy ze zdominowanych elegancko i dostojnie wyłaniał się zza stylowego płotu. Jako jeden z nielicznych pozostał w moich dociekaniach wciąż niewiadomą. Ale to kwestia czasu. Tak sobie beztrosko opalam się co dzień w południowym słońcu.
Czerwoni (tylko proszę, bez politycznych aluzji) krzyczeli: podejdź, rozgrzany upałem człowiecze i schroń się pod naszymi konarami!
Czerwoni (Royal poinciana) zdominowali nie tylko ulice i chodniki, również domy, płoty i samochody.Liście czerwonych przypominają paprocie i dobrze dogadują się z kwiatami - razem przypominają gotowe kwiaciarniane kompozycje.Dla kontrastu coś typowego dla tubylców, co nazywam 'wesołym miasteczkiem', czyli jak Australijczycy zwykli suszyć ubrania. Dodam tylko, że zaraz obok tejże posesji rósł czerwony, ale od początku wiedziałam, że wkomponowanie go w ten krajobraz to zły pomysł.
Przy nudnej trasie wzdłuż jezdni też można znaleźć coś ładnego. Choć często jest to małe i kryje się gdzieś po kątach.
Gdy już dochodziłam do uniwersyteckiego kampusu, spadł na mnie żółty deszcz. Tak tak, to nie żart, nie dość, że żółty, to w dodatku chiński, tak się bowiem nazywa sympatyczne drzewko: Chinese rain tree.
Co spadło, to zaraz zostało wydziobane przez.... jakieś tam papugi-dziobaki.
Przy parkingu przywołał mnie krzew-gigant. Chyba udawał samochód, tylko trochę krzywo zaparkował.
Kolejny odcinek trasy kusił intensywnym zapachem kwitnącego na biało żywopłotu.
To, że budynki stoją blisko siebie, wcale nie oznacza, że nie ma tam miejsca na rośliny. Wprost przeciwnie - to doskonała okazja dla palm, żeby się powywyższać.
Gdzieniegdzie jeszcze przetrwało nieco fioletowego uroku.
A to już równiutkie, zaplanowane precyzyjnie grządki przed budynkami UQ.
I czerwoni, którzy zdominowali również i kampus. Może nie ilościowo, ale bardziej jakościowo, rozlokowali się bowiem tuż przed głównym budynkiem uniwersytetu. Osobnik na zdjęciu zapraszał na randkę pod czerwonym całunem.
Kampus to miejsce przyjazne ptakom, które mieszkają tu całymi rodzinami. Mamy z dziećmi wychodzą na poranne spacery. Mały, jak zwykle, uciekał.
Do biblioteki zapraszała Golden penda, której kwiaty, z daleka prawie niewidoczne, są ulubionym miejscem owadów.
I na koniec coś, co mijam codziennie kilka razy wychodząc z budynku - jedna z odmian Ginger flower, tak duża i ciężka, że aż zdaje się prosić o podtrzymanie.
Jak tak dalej pójdzie, to za parę latek będę tu przychodzić, by studiować botanikę albo ogrodnictwo, a na blogu pojawią się łacińskie nazwy.

czwartek, 8 listopada 2007

Cambridge Square

Bo kto powiedział, że blogować można tylko w weekend! Czas przełamać tę konwencję, bo skończy się tym, że czas od poniedziałku do piątku stanie się nudny jak flaki z olejem. Potem będziemy narzekać, że praca, praca, nie ma czasu na inne przyjemności, a tak naprawdę to my sami siebie utwierdzamy w przekonaniu, że w ciągu tygodnia raczej nic specjalnie ciekawego zdarzyć się nie może. A zatem, w naszym pierwszym śródtygodniowym debiucie (trochę niefortunne wyszło to nowe słowo) prezentujemy (w końcu) miejsce, w którym mieszkamy. Z góry zapowiadam, że nie będzie widoku z balkonu, który do niedawna jeszcze ocieniony był naturalną osłoną drzew, gdyż nasz wspaniałomyślny menago Rysiek po prostu ściął je któregoś ranka, obnażając tym samym w drastyczny i, co więcej, niezapowiedziany sposób nasze domowe pielesze wszystkim sąsiadom. Przekonywał wprawdzie, że to dlatego, że łagodne podcinanie nie dawało oczekiwanych rezultatów i że gałęzie odrosną w ciągu roku, co było raczej słabym pocieszeniem wobec świadomości, że przez najbliższe co najmniej pół roku nie będzie można swobodnie chodzić po domu w gaciach, co w tym klimacie ma naprawdę nie lada znaczenie. A zatem, prezentujemy nasz Cambridge Square - kompleks, który jak sama nazwa wskazuje, zamieszkiwany jest przez naukowe elity, i w którym duch nauki unosi się w powietrzu, zatacza koła nad palmowymi liśćmi, kołysze się pod chmurami... a czasem też po prostu rzuca się do basenu, bo już z upału wytrzymać nie może, albo siedzi przy grillu i żre steki z kangura. Oto nasz mały domowy światek widziany oczyma okazjonalnego oglądacza. Na wprost, jak można wywnioskować z niezwykle sugestywnego zdjęcia,....... wejście główne.
Naukowa atmosfera zaczyna się jeszcze przed wejściem. Na lewo, zaraz za płotem, gąszcz różnych gatunków australijskich krzewów skrywa .... zegar słoneczny. By kontynuować tę duchową atmosferę wspomnę, że te długie liście to "rajski ptak" - krzew, którego kwiaty przypominają faktycznie głowę jakiegoś egzotycznego kolorowego ptaka (niestety, próżno szukać ich na zdjęciu, okres kwitnienia dla nich właśnie się skończył).
Drzwi otwiera nam zaczytany Cherubinek. I od tej chwili nie straszna nam nauka w domu.
Miejsce do grillowania też wygląda jak przystało na centrum kultury wyższej. Nie znajdziesz tu masywnych ław i stołu, zachęcających do założenia nóg i obżerania się kiełbachami. Pod subtelnym daszkiem jedynie elegancki stolik do popijania piwka lub innych sprzyjających wysiłkowi myślowemu napojów.
Idziemy wgłąb, mijając regularnie strzyżone żywopłoty...
... o różnych odcieniach zieleni.
W romantycznej scenerii, pod palemką zażyć można kąpieli, która umysł nową energią zasilić może.I jeszcze widok z góry, nie z balkonu, na niezwykle uporządkowaną, harmonijną całość.
Jak się okazuje, nawet codzienna wycieczka po własnym podwórku może być w pewnym sensie pasjonująca i odkrywcza. Wystarczy tylko na chwilę wystąpić z własnego ciała i wczuć się w rolę kogoś innego: mamy, która podziwiałaby ogrodowe aranżacje, turysty, który chętnie zażywałby porannych kąpieli w basenie podczas wypoczynku, architekta, który zaraz mierzyłby wzrokiem wszystkie linie i przecięcia, albo Giuseppe, który bezskutecznie szukałby jakiegoś łatwo dostępnego pnia... Dla niewtajemniczonych, Giuseppe to nasz ukochany psiak, którego zostawiliśmy w Polsce.

niedziela, 28 października 2007

Wysepka

Wczoraj grillowaliśmy z naszymi przemiłymi sąsiadami. Od słowa do słowa i już mamy pomysł na dzisiejszą wycieczkę. A ponieważ ostatnio miewamy problemy z wyznaczaniem miejsc podróży: tu za daleko, tu za blisko, tu za gorąco, tu za zimno, itd. - rozwiązaliście nam cotygodniowy dylemat, za co bardzo dziękujemy.
Bribie Island to malutka wysepka położona, jak w zasadzie prawie wszystko tutaj, godzinę drogi od Brisbane. Na wyspę dojeżdża się przez dłuuugi i wąski most, z którego widać góry Glasshouse Mountains (robienie zdjęć w trakcie jazdy przez most uznaliśmy za zbyt niebezpieczne). Duża część wyspy jest dostępna tylko dla samochodów 4WD, ale nam wystarczyła ta pozostała część. Pierwszy szok przeżyliśmy, lądując na jednej z plaż. Widok był jak znad Bałtyku latem, kiedy nie pada deszcz. Plaża całkiem mała, a ludzi jak mrówków, i coraz więcej - nadciągali zapewne na dziecięce zawody. Rzecz to w Australii niespotykana! Cóż było robić - uciekliśmy. Szukając wrażeń, natknęliśmy się na całkiem sympatyczne bajorko i rozciągające się wokół mokradła - doskonałe miejsce na podglądywanie ptaków, co potwierdziły nieliczne spotykane na drodze osoby z lornetkami.
Bajorko było malownicze a jedna z jego dróg prowadziła prosto na płytkie wody oceanu - doskonałe miejsce na łowienie ryb.
Ponieważ to teren ptaków, postanowiliśmy poczuć się przez chwilę jak czaple i skończyło się tym, że Marek ugrzązł w piasku i porwał sobie klapka:-). Resztę dnia chodził bez butów, co nikogo nie dziwiło. Ale spacerek był przyjemny, zwłaszcza że woda nawet na tych płyciznach była czyściutka i cieplutka. Wykorzystaliśmy spacer do zrobienia kilku fotek oceanowi od tak zwanego zaplecza i pojechaliśmy szukać pustej plaży, żeby się wykąpać. My to mamy wymagania! Od razu widać, że nie jesteśmy Australijczykami.
Znaleźliśmy! Banksia beach nie była oblężona, a wyglądem przypominała nam bardzo plażę w Dźwirzynie, którą często odwiedzaliśmy będąc w Kołobrzegu.
Z pewnością wielu zakątków Bribie Island jeszcze nie odkryliśmy, ale..... mamy jeszcze czas. A takie podejście to nowość. Jeszcze dwa, trzy miesiące temu zrobilibyśmy wszystko, żeby nie pominąć żadnej ważnej atrakcji na Bribie Island. Teraz wszystko jakoś sie uspokoiło. Czuję, że już powoli mija nam etap chłonięcia australijskich atrakcji tak szybko, mocno i intensywnie, jak gdyby miało ich nam zaraz zabraknąć. Teraz wkraczamy w fazę, w której spokojnie zaczynamy tym wszystkim żyć, nie tylko zwiedzać. Oczywiście nie przeszkodzi nam to raz na jakiś czas zaplanować od A do Z jakiejś mega-extra podróży, ale na codzień już wiemy, że to wszystko nam nie ucieknie, więc warto czasami się zatrzymać i nawet zasnąć na plaży z szumem fal na jakąś godzinę albo dwie... Nie, dwie to zdecydowanie za dużo.

sobota, 27 października 2007

Witamy lato

No i mamy lato! Jeszcze co prawda nie kalendarzowe, ale powietrze już wystarczająco gorące, by paradować w szczątkach ubrania, a woda dostatecznie ciepła, by się w niej porządnie popluskać. I nie zmarznąć po wyjściu. A to wszystko najlepiej na jednej z mniej zaludnionych plaż na Gold Coast. Tym razem odwiedziliśmy Southport - miasto, które uważa się za bramę do Złotego Wybrzeża. Zresztą, z plaży widać wieżowce Surfers Paradise - z drugiej strony prezentują się całkiem podobnie.Wieżowce najładniej prezentują się w wilgotnym powietrzu, które przysłania je swoistą mgłą. A plaża najlepiej prezentuje się w kompozycji z torbą - wygodna, niebrudząca się, a jaka pojemna! (Dziękujemy Ewie i Florianowi za ten praktyczny upominek!)
Portret torby kończy tę krótką relację z wcale nie krótkiego pobytu na plaży. Reszty jednak nie opisuję, gdyż wyglądałoby to mniej więcej tak: piasek, wiatr, mewa, woda, człowiek, piasek, woda, wiatr, lunch-box, sałatka, mewa, sałatka, mewa, sałatka, mewa, mewa...itd. No, nawet coś się zaczęło dziać :-).

sobota, 20 października 2007

Kolacja

Tematów kulinarnych nie koniec - tym razem to my zaprosiliśmy znajomych w sobotę na kolację. A że znajomi pochodzą z Pakistanu i ostatnim razem serwowali nam u siebie ich narodowe potrawy, jakże my teraz mogliśmy im nie ulepić naszych sztandarowych polskich pierogów ruskich? Najpierw była więc wycieczka do polskiego sklepu po ser biały i kapustę kiszoną na surówkę. Przy okazji zakupiliśmy też ogórki kiszone w słoiku do tradycyjnej polskiej sałatki z groszku i gotowanych warzyw. Na deser kawałek makowca. Wszystko razem - prawie jak wigilia!"Oby takich kolacji było jak najwięcej!" - pomyślał Marek wyjadając z lodówki ukradkiem w niedzielę rano resztki sałatki.

sobota, 13 października 2007

Barbecue

Tematów kulinarnych ciąg dalszy. Australijskie barbecue, czyli polski mega grill! Mega, bo mięso smaży się na wielkiej płycie, których wszędzie jest tu pełno. Warto zaznaczyć, że przyjemność usmażenia kiełbaski obywatela nic nie kosztuje, trzeba mieć tylko kiełbaskę i olej, a jak odpowiednio tłusta, to i oleju nie potrzeba. Przynosi się do tego cały ekwipunek, tj. wspomniany wyżej olej, narzędzia do przewracania mięsa, ścierki i inne rzeczy, w zależności od wyoraźni - im więcej, tym lepiej. Najlepiej całą kuchnię - garnki i patelnie, jak niektórzy Australijczycy. To wszystko najlepiej na wielkim obszarze i w licznym doborowym towarzystwie.
Na nasze pierwsze poważne barbecue - poprzednie to były jakieś nieśmiałe podrygi, to zaś brzmi prawie jak chrzest - wybraliśmy się z młodszą częścią ekipy Marka z pracy. Pewnie myślicie, że było drętwo i nudno... Nic z tego - ekipa z pracy to przemili ludzie, z którymi znamy się już jakiś czas i już dość dobrze, żeby czuć się swobodnie, a najlepszym potwierdzeniem jest to, że nie śmieją się z Marka dowcipów. To wcale nie znaczy, że Marka dowcipy nie są śmieszne - są, tylko trochę inaczej :-). To jedynie znaczy, że przeszli już oni ten etap, kiedy trzeba się zaśmiać z czystej uprzejmości, ale nie wkroczyli jeszcze w fazę identyfikacji drugiego dna dowcipu, co jest możliwe tylko, kiedy się Marka już bardzo dobrze zna. Są zatem w fazie środkowej, kiedy macha się ręką na coś, co śmieszne się nie wydaje i nikt się za to nie gniewa. Ale do rzeczy. Barbecue odbyło się na jednym z malowniczych zakrętów rzeki Brisbane. Było dużo jedzenia, pełno much, było frisbee (latający krążek, który rzuca się podobnie jak piłkę lub bumerang), dużo gadania, objadania się, spacerowania i generalnie rzecz biorąc wielkiego leniuchowania. Nie udało nam się uwiecznić na zdjęciach wszystkich uczestników i wszystkich ciekawych momentów - czas upływał tak beztrosko i leniwie, że w końcu i o naszym ulubionym przybytku - aparacie prawie zapomnieliśmy.

niedziela, 7 października 2007

Lunch pod palmami

Cisza, jaka nastała na naszym blogu, to nie skutek popadnięcia w stan hibernacji z powodu australijskiej zimy (zima się na szczęście skończyła), ani nie z powodu rozpaczy po wyjeździe Marka rodziców i naszych towarzyszek podróży: Agaty i Moniki (choć przyznaję, w obu przypadkach było nam bardzo smutno), także nie z powodu wyborów w Polsce (choć, gdyby losy naszej Ojczyzny potoczyły się zgoła inaczej, to kto wie, czy i my mielibyśmy ochotę i sumienie bawić się w najlepsze tu, na drugiej półkuli). Ta cisza, a raczej należałoby powiedzieć, przerwa w relacjonowaniu, to wynik chwilowego przepracowania. Cóż, pewnie myśleliście, że takie słowo tu w Australii nie ma racji bytu... Otóż ma, jak wszędzie, gdyż sami, będąc kowalami losu, najbardziej na swoje życie wpływać możemy. No więc nam się zdarzyło ostatnio być nieco bardziej zajętymi, nie tylko z powodu pracy, ale też i dlatego, że zwyczajnie wskutek podróżowania porobiły nam się zaległości towarzyskie. Pierwszą z nich nadrabialiśmy razem z Xuanem i Rachel (dla przypomnienia, specjaliści od springrolek), pod cieniem palm w znanym już z wcześniejszych wpisów miejscu - Mt Tamborine. Spacer przez las zachwycił naszą wyobraźnię, gorzej było z żołądkami, dlatego udaliśmy się na lunch w jednej z uroczych knajpek na uliczce z galeriami. W knajpce Xuan zamówił też kawę, która zasmakowała mu jeszcze bardziej, gdy okazało się, że express do kawy nagle się zepsuł i była to ostatnia kawa serwowana tego dnia klientom. Jak to niewiele trzeba, by zwykła rzecz stała się rarytasem...
W lesie co chwila słychać było trzaski łamanych spadających liści, tak wielkich jak ten powyżej.
Gdzieniegdzie leżały też powalone drzewa. Muszę przyznać, że od ostatniego razu kiedy tu byłyśmy w damskim składzie, ktoś tu musiał nieźle narozrabiać...
A oto, co kryje wiele drzew pod korą - iście australijski czerwono-miedziany kolor drewna.
Mt Tamborine dobra jest nie tylko na piesze wycieczki, podczas których można się przyjemnie zmęczyć, ale też i na krótkie wypady na kawkę lub lunch. Oddalając się jakąś godzinę od Brisbane, ze zwykłego posiłku można uczynić prawdziwy rytuał w malowniczej scenerii: pod palmą lub z widokiem na Gold Coast (niestety, dym z płonących nieopodal lasów i tym razem przysłonił nam panoramę na Surfers Paradise). I choć był to mój trzeci raz w tym miejscu, to za każdym razem widziałam je nieco inaczej. Ścieżka Palm Grove wyglądała inaczej, niż kiedy tu biegałyśmy z Agatą i Moniką! Nawet się zaczęłam zastanawiać, czy nie pomyliliśmy trasy... Doszłam jednak do wniosku, że moje postrzeganie zmienia się zależnie od tego, z kim podróżuję. Choć, ponoć nawet podróżując w te same miejsca z tą samą osobą, zdarza mi się ich nie rozpoznać... Marek coś o tym wie:-)