Kontynuując wątek "Co piszczy w trawie od poniedziałku do piątku", krótka opowieść o tym, co można spotkać idąc rano do pracy, pod warunkiem oczywiście, że się nie myśli "co dziś zjem na lunch" albo "co powiem szefowi, żeby dostać urlop", ale się uważnie patrzy, a czasem nawet wypatruje. Australijskie lato zaczyna się niebywale - tony kwitnących drzew i krzewów i tony spadających liści i kwiatów. Niedawno niektóre ulice w Brisbane otaczał jasnofioletowy całun z kwitnących drzew (Jaracunda tree), teraz przyszła pora na kolor czerwony, który zdominował na jakiś czas wszystkie pozostałe rośliny. Zdominował również i mnie, która od jakiegoś czasu w każdej wolnej chwili grzebię w Internecie, próbując rozpoznać atakujące mnie zewsząd gatunki kwitnących drzew i krzewów. Pierwszy ze zdominowanych elegancko i dostojnie wyłaniał się zza stylowego płotu. Jako jeden z nielicznych pozostał w moich dociekaniach wciąż niewiadomą. Ale to kwestia czasu.
Tak sobie beztrosko opalam się co dzień w południowym słońcu.
piątek, 9 listopada 2007
W drodze do pracy
czwartek, 8 listopada 2007
Cambridge Square
Bo kto powiedział, że blogować można tylko w weekend! Czas przełamać tę konwencję, bo skończy się tym, że czas od poniedziałku do piątku stanie się nudny jak flaki z olejem. Potem będziemy narzekać, że praca, praca, nie ma czasu na inne przyjemności, a tak naprawdę to my sami siebie utwierdzamy w przekonaniu, że w ciągu tygodnia raczej nic specjalnie ciekawego zdarzyć się nie może. A zatem, w naszym pierwszym śródtygodniowym debiucie (trochę niefortunne wyszło to nowe słowo) prezentujemy (w końcu) miejsce, w którym mieszkamy. Z góry zapowiadam, że nie będzie widoku z balkonu, który do niedawna jeszcze ocieniony był naturalną osłoną drzew, gdyż nasz wspaniałomyślny menago Rysiek po prostu ściął je któregoś ranka, obnażając tym samym w drastyczny i, co więcej, niezapowiedziany sposób nasze domowe pielesze wszystkim sąsiadom. Przekonywał wprawdzie, że to dlatego, że łagodne podcinanie nie dawało oczekiwanych rezultatów i że gałęzie odrosną w ciągu roku, co było raczej słabym pocieszeniem wobec świadomości, że przez najbliższe co najmniej pół roku nie będzie można swobodnie chodzić po domu w gaciach, co w tym klimacie ma naprawdę nie lada znaczenie. A zatem, prezentujemy nasz Cambridge Square - kompleks, który jak sama nazwa wskazuje, zamieszkiwany jest przez naukowe elity, i w którym duch nauki unosi się w powietrzu, zatacza koła nad palmowymi liśćmi, kołysze się pod chmurami... a czasem też po prostu rzuca się do basenu, bo już z upału wytrzymać nie może, albo siedzi przy grillu i żre steki z kangura. Oto nasz mały domowy światek widziany oczyma okazjonalnego oglądacza.
Na wprost, jak można wywnioskować z niezwykle sugestywnego zdjęcia,....... wejście główne.
niedziela, 28 października 2007
Wysepka
Wczoraj grillowaliśmy z naszymi przemiłymi sąsiadami. Od słowa do słowa i już mamy pomysł na dzisiejszą wycieczkę. A ponieważ ostatnio miewamy problemy z wyznaczaniem miejsc podróży: tu za daleko, tu za blisko, tu za gorąco, tu za zimno, itd. - rozwiązaliście nam cotygodniowy dylemat, za co bardzo dziękujemy.
Bribie Island to malutka wysepka położona, jak w zasadzie prawie wszystko tutaj, godzinę drogi od Brisbane. Na wyspę dojeżdża się przez dłuuugi i wąski most, z którego widać góry Glasshouse Mountains (robienie zdjęć w trakcie jazdy przez most uznaliśmy za zbyt niebezpieczne). Duża część wyspy jest dostępna tylko dla samochodów 4WD, ale nam wystarczyła ta pozostała część. Pierwszy szok przeżyliśmy, lądując na jednej z plaż. Widok był jak znad Bałtyku latem, kiedy nie pada deszcz. Plaża całkiem mała, a ludzi jak mrówków, i coraz więcej - nadciągali zapewne na dziecięce zawody. Rzecz to w Australii niespotykana!
Cóż było robić - uciekliśmy. Szukając wrażeń, natknęliśmy się na całkiem sympatyczne bajorko i rozciągające się wokół mokradła - doskonałe miejsce na podglądywanie ptaków, co potwierdziły nieliczne spotykane na drodze osoby z lornetkami.
sobota, 27 października 2007
Witamy lato
No i mamy lato! Jeszcze co prawda nie kalendarzowe, ale powietrze już wystarczająco gorące, by paradować w szczątkach ubrania, a woda dostatecznie ciepła, by się w niej porządnie popluskać. I nie zmarznąć po wyjściu. A to wszystko najlepiej na jednej z mniej zaludnionych plaż na Gold Coast. Tym razem odwiedziliśmy Southport - miasto, które uważa się za bramę do Złotego Wybrzeża. Zresztą, z plaży widać wieżowce Surfers Paradise - z drugiej strony prezentują się całkiem podobnie.
Wieżowce najładniej prezentują się w wilgotnym powietrzu, które przysłania je swoistą mgłą. A plaża najlepiej prezentuje się w kompozycji z torbą - wygodna, niebrudząca się, a jaka pojemna! (Dziękujemy Ewie i Florianowi za ten praktyczny upominek!)
sobota, 20 października 2007
Kolacja
Tematów kulinarnych nie koniec - tym razem to my zaprosiliśmy znajomych w sobotę na kolację. A że znajomi pochodzą z Pakistanu i ostatnim razem serwowali nam u siebie ich narodowe potrawy, jakże my teraz mogliśmy im nie ulepić naszych sztandarowych polskich pierogów ruskich? Najpierw była więc wycieczka do polskiego sklepu po ser biały i kapustę kiszoną na surówkę. Przy okazji zakupiliśmy też ogórki kiszone w słoiku do tradycyjnej polskiej sałatki z groszku i gotowanych warzyw. Na deser kawałek makowca. Wszystko razem - prawie jak wigilia!
"Oby takich kolacji było jak najwięcej!" - pomyślał Marek wyjadając z lodówki ukradkiem w niedzielę rano resztki sałatki.
sobota, 13 października 2007
Barbecue
Tematów kulinarnych ciąg dalszy. Australijskie barbecue, czyli polski mega grill! Mega, bo mięso smaży się na wielkiej płycie, których wszędzie jest tu pełno. Warto zaznaczyć, że przyjemność usmażenia kiełbaski obywatela nic nie kosztuje, trzeba mieć tylko kiełbaskę i olej, a jak odpowiednio tłusta, to i oleju nie potrzeba. Przynosi się do tego cały ekwipunek, tj. wspomniany wyżej olej, narzędzia do przewracania mięsa, ścierki i inne rzeczy, w zależności od wyoraźni - im więcej, tym lepiej. Najlepiej całą kuchnię - garnki i patelnie, jak niektórzy Australijczycy. To wszystko najlepiej na wielkim obszarze i w licznym doborowym towarzystwie.
Na nasze pierwsze poważne barbecue - poprzednie to były jakieś nieśmiałe podrygi, to zaś brzmi prawie jak chrzest - wybraliśmy się z młodszą częścią ekipy Marka z pracy. Pewnie myślicie, że było drętwo i nudno... Nic z tego - ekipa z pracy to przemili ludzie, z którymi znamy się już jakiś czas i już dość dobrze, żeby czuć się swobodnie, a najlepszym potwierdzeniem jest to, że nie śmieją się z Marka dowcipów. To wcale nie znaczy, że Marka dowcipy nie są śmieszne - są, tylko trochę inaczej :-). To jedynie znaczy, że przeszli już oni ten etap, kiedy trzeba się zaśmiać z czystej uprzejmości, ale nie wkroczyli jeszcze w fazę identyfikacji drugiego dna dowcipu, co jest możliwe tylko, kiedy się Marka już bardzo dobrze zna. Są zatem w fazie środkowej, kiedy macha się ręką na coś, co śmieszne się nie wydaje i nikt się za to nie gniewa. Ale do rzeczy. Barbecue odbyło się na jednym z malowniczych zakrętów rzeki Brisbane. Było dużo jedzenia, pełno much, było frisbee (latający krążek, który rzuca się podobnie jak piłkę lub bumerang), dużo gadania, objadania się, spacerowania i generalnie rzecz biorąc wielkiego leniuchowania. 




Nie udało nam się uwiecznić na zdjęciach wszystkich uczestników i wszystkich ciekawych momentów - czas upływał tak beztrosko i leniwie, że w końcu i o naszym ulubionym przybytku - aparacie prawie zapomnieliśmy.
niedziela, 7 października 2007
Lunch pod palmami
Cisza, jaka nastała na naszym blogu, to nie skutek popadnięcia w stan hibernacji z powodu australijskiej zimy (zima się na szczęście skończyła), ani nie z powodu rozpaczy po wyjeździe Marka rodziców i naszych towarzyszek podróży: Agaty i Moniki (choć przyznaję, w obu przypadkach było nam bardzo smutno), także nie z powodu wyborów w Polsce (choć, gdyby losy naszej Ojczyzny potoczyły się zgoła inaczej, to kto wie, czy i my mielibyśmy ochotę i sumienie bawić się w najlepsze tu, na drugiej półkuli). Ta cisza, a raczej należałoby powiedzieć, przerwa w relacjonowaniu, to wynik chwilowego przepracowania. Cóż, pewnie myśleliście, że takie słowo tu w Australii nie ma racji bytu... Otóż ma, jak wszędzie, gdyż sami, będąc kowalami losu, najbardziej na swoje życie wpływać możemy. No więc nam się zdarzyło ostatnio być nieco bardziej zajętymi, nie tylko z powodu pracy, ale też i dlatego, że zwyczajnie wskutek podróżowania porobiły nam się zaległości towarzyskie. Pierwszą z nich nadrabialiśmy razem z Xuanem i Rachel (dla przypomnienia, specjaliści od springrolek), pod cieniem palm w znanym już z wcześniejszych wpisów miejscu - Mt Tamborine. 

Spacer przez las zachwycił naszą wyobraźnię, gorzej było z żołądkami, dlatego udaliśmy się na lunch w jednej z uroczych knajpek na uliczce z galeriami. W knajpce Xuan zamówił też kawę, która zasmakowała mu jeszcze bardziej, gdy okazało się, że express do kawy nagle się zepsuł i była to ostatnia kawa serwowana tego dnia klientom. Jak to niewiele trzeba, by zwykła rzecz stała się rarytasem...
Subskrybuj:
Posty (Atom)